W minionych tygodniach cała brytyjska opinia publiczna skupiona była głównie (jeśli nie całkowicie) na dwóch kwestiach. Po pierwsze przyszłoroczny budżet, którego założenia przedstawiła wczoraj Rachel Reeves – brytyjska Chancellor of the Exchequer, czyli po naszemu minister od zbierania i wydawania kasy.
Było wiele spekulacji na temat tego, co posłowie usłyszą w Izbie Gmin. Jak się finalnie okazało laburzystowskiemu rządowi nie starczyło odwagi (i funduszy), by zostawić podatki i społeczeństwo w spokoju łamiąc tym samym ich partyjne manifesto (program), z którym tak dumnie szli ku zwycięstwu w ostatnich wyborach w roku już zeszłym. Z dużym zaskoczeniem przyjąłem decyzję laburzystów, by uwolnić od finansowych ograniczeń dofinansowanie dla trzeciego i kolejnych dzieci w rodzinie. W kraju, który chciałby zmotywować swoich obywateli do tego, by zastępowali imigracyjną siłę roboczą na stanowiskach często nisko płatnych dając im do ręki narzędzie pobierania dodatkowych pieniędzy z rządowego sejfu to po prostu paradoks. Tym którzy nie chełpią się rządowymi pieniędzmi na osłodę Pani Minister podniosła pensje minimalną.
Drugą kwestią, którą żyje nie tylko Brytania, ale też i połowa przynajmniej świata to kwestia pokoju na Ukrainie. Dziś właśnie minąłby termin, gdy prezydent Zeleński miałby dać odpowiedź w sprawie zgody bądź nie na amerykańską propozycję. Minąłby, ale Donald Trump zdecydował się grać rolę wańki-wstańki i na swoje wcześniejsze odgrażanie się, iż umowa ta to deal ostateczny po sprawnej interwencji przywódców Europy zmienił zdanie wysyłając swych przedstawicieli na dalsze rozmowy. A te wciąż trwają.
to tyle ode mnie…
Komentarze do wpisu (0)