W Stanach Zjednoczonych Sąd Najwyższy pełni inną rolę niż sądy w Polsce. Składa się on z 9 sędziów, którzy mają ostatnie słowo w najważniejszych sprawach dla kraju. Ich zadaniem nie jest pisanie nowych ustaw, ale sprawdzanie, czy to, co robi prezydent lub parlament (Kongres), jest zgodne z Konstytucją sprzed ponad 200 lat.
Problem polega na tym, że amerykański parlament od lat jest skłócony i rzadko uchwala nowe, ważne przepisy. W efekcie to nie politycy, na których głosują ludzie, ale sędziowie rozstrzygają największe kłótnie społeczne.
Przykład: Spór o aborcję
Najlepszym przykładem tej nietypowej sytuacji jest kwestia aborcji. W idealnym systemie demokratycznym sprawa powinna wyglądać tak: obywatele chcą zmian, więc parlament (lub sejm i senat) przygotowuje i przegłosowuje nową ustawę, biorąc za to odpowiedzialność przed wyborcami.
Przez ostatnie 50 lat w USA panowały zupełnie inne zasady. To nie parlament uchwalił prawo do aborcji, ale grupa sędziów z Sądu Najwyższego uznała w 1973 roku, że stare przepisy konstytucji dają kobietom taką wolność. Przez pół wieku o losie milionów Amerykanek decydowało więc dziewięciu sędziów, których nikt nie wybierał w wyborach i którzy pracują na swoim stanowisku do końca życia.
Niedawno nowi sędziowie zmienili zdanie i stwierdzili, że każdy stan powinien decydować o tym sam. Przez to, że politycy nie potrafili wcześniej stworzyć jednej, jasnej ustawy, w kraju zapanował bałagan. Co ciekawe, mimo że sędziowie wycofali ogólnokrajowe prawo do aborcji, jej liczba w USA wcale nie spadła – statystycznie wykonuje się ich teraz nawet więcej niż wcześniej.
Co ciekawe, Polska zdaje się dziś iść w podobnym, „amerykańskim” kierunku. Choć u nas to parlament powinien tworzyć prawo, politycy w Sejmie od lat nie potrafią porozumieć się co do nowej ustawy aborcyjnej. W efekcie najpierw to Trybunał Konstytucyjny (sędziowie) podjął kluczową decyzję o zaostrzeniu przepisów w 2020 roku. Później, zamiast nowej ustawy z Sejmu, przyszły wytyczne premiera i ministrów. Choć nie są one nowym prawem (ustawa się nie zmieniła), to de facto pełnią rolę „dekretów”, które mówią lekarzom, jak mają interpretować obecne przepisy, by umożliwić aborcję np. ze względu na zdrowie psychiczne.
W obu krajach widać ten sam problem: parlamenty są słabe lub skłócone, więc najważniejsze decyzje o naszym życiu podejmują sędziowie swoimi wyrokami albo premierzy swoimi instrukcjami, a nie posłowie poprzez jasne ustawy. Decyzje Trybunału Konstytucyjnego w Polsce przypominają decyzje Sądu Najwyższego w USA, a wytyczne polskiego premiera – dekrety amerykańskich prezydentów.
Dlaczego sędziowie są tak ważni dla polityków?
Skoro parlament (Kongres w USA) rzadko tworzy nowe prawo, to sędziowie de facto rządzą krajem poprzez swoje wyroki. Dlatego każdy prezydent walczy o to, by wprowadzić do Sądu „swoich” ludzi. Donald Trump podczas swojej kadencji mianował aż trzech sędziów o konserwatywnych poglądach. Dzięki temu konserwatyści mają teraz przewagę 6 do 3.
Prawdziwy podział wygląda trochę inaczej, bo są aż trzy grupy. Liberałowie (3 osoby): Zazwyczaj chcą, by prawo nadążało za nowoczesnym światem. Umiarkowani konserwatyści (3 osoby): Są ostrożni, chcą dbać o powagę instytucji. Zdecydowani konserwatyści (3 osoby): Uważają, że Konstytucję należy czytać dosłownie, tak jak rozumieli ją ludzie w XVIII wieku.
Spór o obywatelstwo: kto jest Amerykaninem?
Kolejna wielka kłótnia dotyczy tego, czy każde dziecko urodzone na ziemi amerykańskiej automatycznie dostaje obywatelstwo. Konstytucja (a w zasadzie 14 poprawka do niej) mówi krótko: „Każdy urodzony w USA jest obywatelem”. Zwykle konserwatyści trzymają się dosłownie tekstu konstytucji, a tym razem to liberałowie mówią: „Tekst jest jasny – urodziłeś się tutaj, masz paszport”, a konserwatyści kręcą nosem: Twierdzą, że 150 lat temu, gdy pisano te słowa, nikt nie myślał o dzisiejszej nielegalnej imigracji, więc prawo nie powinno chronić dzieci osób, które przyjechały tam bez pozwolenia.
Podsumowanie: Gdzie podział się parlament?
Kiedyś amerykański system działał sprawniej: gdy sędziowie wydali kontrowersyjny wyrok, parlamentarzyści zakasywali rękawy i uchwalali nową ustawę, by naprawić sytuację. Dziś senatorowie mogliby się zebrać i jasno zdecydować, co zrobić np. z obywatelstwem dla dzieci nielegalnych imigrantów, ale najwyraźniej wolą tego nie robić. Boją się, że gdyby konkretnie zagłosowali, naraziliby się części wyborców i stracili stołki w następnych wyborach.
W ten sposób senatorowie stali się kimś w rodzaju „podkasterów” – jak np. Joe Rogan. Chętnie komentują wszystko w telewizji i internecie, wygłaszają ostre opinie i kłócą się ze sobą, ale w przeciwieństwie do prawdziwego podkastera, oni mają realną władzę, z której po prostu nie korzystają.
To sprawia, że Sąd Najwyższy stał się „super-parlamentem”. O najważniejszych sprawach dla milionów ludzi decyduje garstka prawników w togach, a politycy tylko to komentują, zamiast brać odpowiedzialność za tworzenie prawa, które można by rozliczyć przy urnie wyborczej.
Piotr Birstall
Komentarze do wpisu (0)